Znowu, znowu, znowu...

Lojalnie ostrzegam – niezainteresowanych piłką nożną proszę o przeczytanie któregoś z poprzednich wpisów, bo tutaj nic innego nie uświadczycie ;)

 

I jak to by powiedział Siara „cały misterny plan w pizdu”. Według wszelkich znaków na ziemi i na niebie mieliśmy przejechać się po Ukrainie, a nasz „supersnajper” Robert Lewandowski miał strzelić gola…co tam gola! Dwa! A może nawet hat-trick! Efekt jest taki, że po siedmiu minutach przegrywaliśmy 0:2, a Lewandowskiemu brakuje 440 minut, aby dogonić Daniela Sikorskiego w liczbie meczów bez strzelonej bramki. Szacuneczek – i radzimy powrót pierwszym samolotem do Dortmundu.

Oczywiście, zwalanie wszystkiego na naszego napastnika nie ma sensu – bo cała drużyna zagrała poniżej krytyki. Lewa obrona – wielki problem. Wawrzyniak to nie jest jednak reprezentacyjny poziom, a Boenisch gra jeszcze gorzej. Wasilewski udowodnił, dlaczego nie gra w Anderlechcie, Rybus po kontuzji jest cieniem samego siebie, a Łukasika i Krychowiaka chyba Ukraińcy przed meczem ugościli lokalnym bimberkiem. Najgorszy jednak był zupełny brak pomysłu na grę. Wybijanie piłki byle do przodu, wchodzenie w dryblingi z kilkoma rywalami oraz zupełne zaniechanie pressingu, a po meczu tradycyjne tłumaczenie się: „brak koncentracji” (to kiedy Wy jesteście skoncentrowani? Może po prostu grać nie umiecie? ) albo „szybko stracona bramka ustawiła mecz” (tutaj mistrzem jest Łukasz Garguła, który powiedział tak o bramce na 4:0 w meczu Zagłębie Lubin – Wisła Kraków. Czyli przy 3:0 z pewnością by odrobili, ale 4:0 to już nie).

Polska reprezentacja w swoich najlepszych latach (1974 i 1982) wcale nie była wyróżniającym się teamem pod względem techniki czy ilości dryblerów. Nie, zawsze zdobywaliśmy laury solidnym zapierdzielaniem (przecież nie jesteśmy Brazylią ani Argentyną). W 1974 techniką wyróżniali się tylko Deyna i niegrający przez kontuzję w tym mundialu Lubański – a w 1982 zastąpił go w tej roli Zbigniew Boniek. Cała reszta miała za zadanie biegać jak najdłużej, jak najszybciej, walczyć w obronie i wykorzystywać okazje które im się nadarzą. I dopóki nie będziemy mieć kilku/kilkunastu kreatywnych graczy ofensywnych, tak należy grać! Ten mecz jest świetną bazą do porównania. Ukraina nie ma przecież lepszych graczy od nas, mimo dużo lepszego poziomu ligi (ale o sile tych najlepszych drużyn na Ukrainie nie świadczą rodzimi piłkarze). Poprostu pokazali walkę, której w polskiej lidze, poza Koroną Kielce, nie uświadczymy. Nie bawili się w żadne akcje – jak dostali piłkę blisko pola karnego, to strzelali w światło bramki jak najmocniej umieli. Raz, dwa, trzy. Trzy gole i dziękujemy za uwagę.

Tak się wygrywa, nie mając pomysłu na grę lub grając przeciw silnemu rywalowi. Dopchać się przed pole karne i huknąć lub zostać sfaulowanym, aby strzelić z wolnego. Krychowiak coś powinien o tym wiedzieć (1:0 z Brazylią na MŚ juniorów). Mamy wielu środkowych pomocników walczących w środku pola i mających atomowe uderzenie (Krychowiak, Borysiuk, Furman, M.Lewandowski) i dopóki nie będziemy mieć lepszych piłkarzy, to tak musimy grać. Kosa, sprint, kosa, wślizg, bieg, kosa, bark, przepchnięcie się, strzał z dystansu – i tak 90 minut.

Innej recepty nie ma. Inaczej każdy mecz zapamiętamy w taki sposób jak ten. Z tragicznej gry naszej reprezentacji i (nowość) nagłej popularności pewnej części ciała Jakuba Koseckiego.