Smacznego!

Dzisiaj na blogu jest mała imprezka (rzecz jasna, bezalkoholowa), wpis który w tej chwili zaczynacie czytać jest pięćdziesiątym, który pojawił się na tej witrynie. Poza tym zanotowałem 8000 odsłon ( niezbyt imponujące, RedTube ma tyle pewnie w minutę) w ciągu nieco ponad 2 lat istnienia Waszego ukochanego bloga, na którym pierwszy wpis pojawił się 24 września 2012 roku, czyli mniej więcej jakieś 750 dni temu. Jak łatwo wyliczyć, 750 dzielone przez 50 daje nam jeden wpis na 15 dni. Niezbyt imponujące, ale zawsze mogę twierdzić że idę w jakość, a nie w ilość. Chociaż zawsze milej mieć 80 tysięcy odsłon, niż 8. I frytki do tego, bo jak się bawić to się bawić – szlachta wszak na koszta nie patrzy.

Skoro już zacząłem tak miło i sympatycznie, opowiem Wam o pewnym bardzo niespodziewanym dla mnie zdarzeniu, które miało miejsce około dwóch tygodni temu w Arkadii. Idę sobie kulturalnie po zakupy, bo duży człowiek potrzebuje dużo jedzenia (pamiętajcie, żreć i żyć dalej), aż nagle podchodzi do mnie pewien niższy o głowę, zupełnie wcześniej mi nieznany facet w moim wieku i gratuluje ostatniego wpisu, który umieściłem na blogu. Mimo, że się śpieszyłem to postarałem się znależć chwilę dla mojego „dziewiczego” fana i porozmawiałem z nim chwilkę na tematy blogowe i ogólne. Rzecz jasna szok był spory, ale trzeba sobie radzić z coraz większą (nawet o jedną osobę) popularnością. Szoł mast goł on, prawda?

Wracając do tematu, generalnie bardzo się cieszę, że mimo ogromnych przerw w funkcjonowaniu, to miejsce wciąż istnieje i jest „wentylem bezpieczeństwa” dla moich poglądów, twórczych myśli (no dobra, tego aż tak dużo nie ma), przemyśleń, narzekań i inspiracji. Każda osoba, która nie mieszka na bezludnej wyspie, nie ma zaburzeń psychicznych określonego rodzaju i posiada chociaż minimalny iloraz inteligencji potrzebuje czasem „uwolnić siebie i swoje myśli” przed innymi, aby mieć z kim przedyskutować, pokłócić się, poradzić komuś lub samemu oczekiwać tej porady. Inaczej grozi nam ni mniej, ni więcej niż ześwirowanie i utrata czegoś, co nazywamy dumnie człowieczeństwem. Chyba zgodzicie się, że lepiej zrobić to na blogu, zamiast narzucać słuchanie naszych żali i myśli osobom, które wcale tego nie chcą (zwłaszcza w formie pijackiego bełkotu). Tutaj można nie wchodzić, lub kliknąć i wyjść po uznaniu, że dana myśl nas nie obchodzi. Wolność w najczystszej postaci, zupełny brak jakiegokolwiek przymusu. Ideał w Korwinistanie, który nastąpi tu prawdopodobnie już za 15-20 lat.

Sporo ludzi mnie chwaliło, sporo hejtowało. Zwłaszcza na początku mój wizerunek niezbyt im pasował do „blogera”. Nie ukrywam, każdy jest łasy na pochwały (i radość to sprawiało, zwłaszcza gdy chwaląca miała długie włosy, ładny uśmiech i głęboki dekolt), lecz żaden hejter w sprawie bloga mnie tak naprawdę nigdy nie dotknął. Dlaczego? Bo zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie będe należał do czołówki blogosfery. Zarówno z lenistwa – o czym świadczy najlepiej nieudana próba przejścia na własną domenę i odświeżenia „stylu”, jak i braku odpowiednich umiejętności w sprawach marketingu, braku kreacji własnego wizerunku ( ani nie jestem ekspertem, ani nie piszę poetycko, ani nie jestem hejterem – piszę tak, jak mam ochotę w danym momencie), więc 8 tysięcy nie zamieni się w 8 milionów. Rozpocząłem o lenistwie, i tu powinienem też skończyć. Bo wszystko to, czego mi brakuje wynika z lenistwa. A raczej z tego, że blog nie jest dla mnie życiem i sposobem zarobkowania, tylko odskocznią. Lecz morał z mojej opowiastki jest jeden – nikt nie powinien się zrażać do robienia czegoś, w czym nigdy nie będzie mistrzem. Chociażby dla własnej satysfakcji i rozwijania umiejętności w życiu potrzebnych.
A umiejętność wyrażenia swoich myśli i przelewania ich na papier w sposób taki, w który chcemy je przelać jest tym, co przyda się zawsze. W każdej pracy, w każdym nauczaniu, w każdym hobby.

Czego powinniście mi w takim razie życzyć? Cierpliwości, wytrwałości, kolejnych 8(0) tysięcy odsłon i funu z tego co robię. A reszta zawsze się ułoży. Już się układa ;)