Po raz kolejny zacytuję Wojciecha Adaszewskiego – „Kto kima, ten ni ma”.

Na początek wspomnę, że znudziło mnie już wstawianie niedzielnych wpisów (bo ile można Wam zakłócać spokój w dniu, który należy swięcić), więc dzisiaj poszedł wpis poniedziałkowy. Na temat Halloween czy Wszystkich Świętych powiedziano już niemal wszystko, a mnie wcale nie chce się rozstrząsać tematu wyższości amerykańskiego wesołego święta nad polskim smutnym świętem (i odwrotnie, zależy od punktu siedzenia). Generalnie mówiąc, mam to w poważaniu dopóki nikt nie wymusza odemnie cukierków z alkoholem, lub nie blokuje wyjścia z domu bo cmentarz jest kilometr od domu, ale jak wiadomo nie ma już miejsc parkingowych, bo wszyscy rzucili się na groby (a w końcu trup nie zając, zasadniczo nie ucieknie).

Być może jednak tematyka jest związana z ponurymi świętami i wkurzającą jesienią, bo zajmiemy się zjawiskiem powszechnym niczym brak błony dziewiczej u pracowniczek agencji towarzyskiej, czyli zamulaniu. Gdybym miał wymienić odczucie, które najczęściej pojawia się wśród ludzi zbliżonych do mnie wiekiem – jest nim zmęczenie. Uprzedzając głupie pytania, nie badałem tego zapraszając ludzi na koncert muzyki klasycznej lub randkę w parku przy takiej pogodzie i otrzymując odpowiedź „Jestem zmęczona/y, nie chce mi się”. Niezależnie, czy ktoś się uczy, czy studiuje, czy pracuje, czy trenuje, czy nie robi nic „produktywnego” to mógłby zacytować Wojciecha Łobodzińskiego, z którego ust wyszedł wspaniały cytat „Wiem ku..a, zaj…ny już byłem”. Wykańcza nas nauka do sprawdzianów, dojeżdzanie do miejsca w którym musimy spędzić pare godzin, bezsensowne czytanie głupich książek, ciężkie treningi, robótki ręczne (bez skojarzeń, zboczuszki) i domowe, a ostatecznie siedzenie przy komputerach, smartfonach i innych bzdurach. Z naciskiem na to ostatnie, bo to dzięki nim nie leżymy na dolnej częsci pleców i nudzimy się jak poprzednie pokolenia, lecz męczymy wzrok i inne zmysły.

Dobra, nie będe tutaj gadał o konieczności odstawienia urządzeń elektronicznych. To nierealne, niepraktyczne i głupie (chyba, że jesteś kretynem o którym pisałem kilka wpisów wcześniej). Jak sobie z tym radzimy? Najczęściej pijąc wszelakie trunki. Wśród szeroko pojętej gimbazy najpopularniejsze ze względu na smak i do niedawna – dostępność ( w tym miejscu wyśmiewam nasz Sejm, który nakazał zdrowe produkty w sklepikach – dożywotnie poparcie dla „podziemia ciasteczkowego”) były wszelkie „energetyki”. Słodkie to, niezdrowe to, dobre to, generalnie nie mam nic przeciwko, bo zwykle nie wpływa to na ludzi wokół. W licbazie do głosu dochodzi kawa, utrzymując się na pierwszym miejscu aż do końca naszej edukacji, a często aż do końca pracy w 67 roku życia (zwłaszcza w urzędach i dziekanatach, gdzie odpowiada za to Pani Halinka). Wyjątkiem jest podobno Instytut Filozofii na UW, gdzie z powodu niestabilności osób tam przebywających oraz dużego stężenia gwiazd serialu na metr kwadratowy pije się melisę. No ale dość tego off-topu, wróćmy do kawy.

Nie ma nic bardziej irytującego jak ogromna, nieprzewietrzona sala, gdzie pomimo faktu że nie ma czym oddychać unosi się niezbyt delikatny zapach kawy napływający ze wszystkich stron. Niestety tutaj ludzie mają gdzieś zasadę „żyj i daj żyć innym”, na co ja odpowiadam zasadą „Twoja kawa ma większe prawa niż cudza”. Jasne, kawa całkiem dobrze pobudza do działania – ale czy naprawdę nie da się wypić jej PRZED zajęciami, a nie W trakcie? Efekt jest taki, że ciepłe opary kawy feat. brak świeżego powietrza oznaczają, że i tak 90% odczuje prędzej czy póżniej senność. Czyli słabe wyjście.

W trakcie melanżu i innych spotkań nieoficjalnych, gdzie nie musimy „pracować” używa się również wódki (i innych trunków procentowych), oraz mocniejszych środków psychoaktywnych… ale nad tym się rozstrząsać nie będe. Co było na melanżu, zostaje na melanżu. Zwłaszcza, jeśli ktoś przesadził z używaniem wyżej wymienionych „pobudzaczy” i w efekcie nie pamięta on zbyt wiele z tego wspaniałego, ruchliwego stanu.

Co nam zostaje? Spać, wietrzyć, szpachlować, do wiosny przetrwać i poprawek nie żałować. Tako rzecze Victorski. Dobranoc.